Austria już dawno za nami. Wyprawa nadal trwa. Kolejne kraje czekają na odkrycie. Po nocy na bawarskiej wsi wyruszamy lada cwhila w drogę.

Austriackie miasto Linz miało był pierwszą lokalizacją na trasie, gdzie poznamy porządnie lokalne smaki. Nie mówię tu o smakach obiadowych czy street foodzie, ale o czymś specjalnym. Dzięki pomocy lokalnego biura turystycznego udało mi się umówić na spotkanie z panem Jindrakiem – właścicielem największej cukierni w Austri będącej na rynku od ponad 80 lat.

Miałem przyjemność odwiedzić cukiernię, zobaczyć jak powstaje legendarny Linzer Torte i sam spróbować swoich sił, w niektórych etapach jego powstawania. O samym torcie na pewno pojawi się osobny artykuł. Cukiernia oprócz ciast produkuje także torty, pralinki i lody. Zatrudnia w sumie ponad 150 osób pozostając nadal rodzinnym interesem. Podczas rozmowy właściciel stwierdził, że nadal nie ma dośc ciast i codziennie kawałek musi zjeść.

Spaliśmy w hotelu Ibis położonym w pobliżu dworca, ale do głównej ulicy Linz mieliśmy kilkanaście minut spaceru. Miasto robi dobre wrażenie pod kątem architektury i zabytków. Musicie się wybrać do ogromnej katedry położonej w centrum.

Dzięki miejskeij karcie turystycznej, którą otrzymałem równiez od lokalnego biura turstycznego mieliśmy możliwość za darmo jechać specjalną linią tramwajową. Prowadzi ona na wzgórze z kościołem, sprzed którego rozpościera się bardzo ciekawa panorama Linz i okolicy. Na pewno, gdyby nie deszcze i niskie chmury również mielibyśmy możliwość ją podziwiać 😉

Zjedliśmy wursta i sznycle wiedeński i wyruszyliśmy w drogę, podczas której już wiem, że na niemieckich autostradach też są korki (i to nie małe) i że austriacy nie mają dylematu czy jechać w góry czy nad jeziora (mają to połączone).

Pozostajemy w kontakcie 🙂