Bohomass po latach

Pamiętacie Bohomass Lab przy ul. Bodzentyńskiej? Pewnie słyszeliście, że klub się przeniósł i aktualnie znajduje się przy ul. Kapitulnej. Na otwarciu klubu byliśmy i wrażenie sprawił dobre. Niedawno otworzyli także część gastronomiczną. Postanowiliśmy i ją sprawdzić.

Na kuchnię nowego lokalu możecie spojrzeć zarówno z ulicy jak i ze środka lokalu. Wygląda profesjonalnie i pracuje tam kilka osób. Udaliśmy się tam w piątkowe popołudnie więc kuchnia powinna być zwarta i gotowa. Taka też była bo zamówienia dostaliśmy bardzo szybko, a obsługa szybko nas zauważyła i obsłużyła. Trochę gorzej wypadły same dania, ale o tym za chwilę.

Menu lokalu się zmieniło. Pozostały burgery, jest kilka dań plus coś vege. Zniknęła kiełbaska, którą lubiłem. Pojawiły się jednak wina lane „z kija” w tym prosecco. Zmieniły się także ceny, które poszły lekko w górę. Wpis z wizyty w starym Boho możecie znaleźć tutaj.

Może to kwestia „złego dnia” w Boho lub innej przypadłości, ale kulinarnie wizyta nie wypadła zbyt dobrze. Zdecydowaliśmy się na classic burgera (18 zł) , pierogi ruskie (16 zł) (chcieliśmy tagliatelle, ale nie było), żurek (9 zł), prosecco (8 zł) i wodę (5 zł).

Zacznijmy od żurku. Był w porządku. Wymagał lekkiego posolenia i popieprzenia, ale dla mnie był smaczny. Prosecco lane też mi pasowało chociaż ja wolę wersję delikatnie słodsze. Co do pierogów mam zasadniczo dwa zarzuty. Pierwszy jest taki, że są niewielkie, a drugi dotyczy brzegów. Niestety w wypadku skręcania brzegów ciasto w tym miejscu jest grubsze i wymaga czasem dłuższego gotowania. Tutaj w niektórych przypadkach było twarde. Przy okazji pierogów warto też zwrócić uwagę na cebulkę, która im towarzyszyła. Częściowo była pięknie usmażona na złoto, ale częściowo były to spalone, czarne kawałki.

Największe rozczarowanie wzbudził burger. Wizualnie bardzo ładny. Bułka chrupiąca i smaczna. Nawet po pierwszych gryzach jeszcze się niczego nie spodziewałem. Miał byś średnio wysmażony co zgodnie z wszystkimi definicjami oznacza najwyżej różowy paseczek w samym środku mięsa. Niestety z każdym gryzem ilość różowego mięsa zwiększała się. W pewnym momencie cały kotlet był różowy, a właściwie surowy. Trochę taki tatar w bułce się zrobił. Poinformowałem panią, która nas obsługiwała i pokazałem. Miała przekazać informację do kuchni i tyle się widzieliśmy.

Cenię Bohomass za wprowadzanie nowej jakości do kieleckiego życia kulturalnego, ale do życia kulinarnego zwłaszcza mojego niestety się to nie udało. Tak jak pisałem na wstępie może to zły dzień, ale jednak wizyta w piątek w godzinach popołudniowych przy obłożeniu około 10% nie powinna być wielkim wyzwaniem.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Wiem, że nie łatwo pogodzić w jednym miejscu popularny klub i restaurację, ale w miejscu, gdzie stoi zjeżdżalnia dla dzieci nie może być sytuacji, że leżą potłuczone butelki. To po prostu nie idzie w parze.

DSC_0068 DSC_0071-01 DSC_0075-01 DSC_0077-01 DSC_0082-01